Talwosz się rzucił oburzony.
— Panno Doroto — zawołał — tak to mnie znasz, iż możesz o zemstę i prześladowanie posądzać? Widzę cię ginącą, płakać mi się chce. Mylisz się sądząc, że zawrócić nie można. Zawsze czas.
— Nie — odparła Dorota, która znacznie zdawała się ostygłą. — Nie. Zapóźno już.
Ponieważ ludzi się wiele około bramy kręciło, którzy podsłuchiwać mogli, Zagłobianka zaczęła powoli iść dalej, prowadząc za sobą Talwosza.
Stanęli wśród placu dzielącego od miasteczka. Zagłobianka się zatrzymała. Szła dotąd z głową spuszczoną, zadumana, podniosła ją spoglądając na Litwina, który wlókł się za nią cały przejęty i drżący.
— Talwosz — rzekła zbliżywszy się nieco ku niemu. — Prośbę do ciebie mam.
Nie było odpowiedzi, pogrążony w myślach, zgryziony Litwin milczał.
— Trzymaj o mnie co chcesz — rzekła — ale nie zdradź przed królewną i temi, którzy dawniej mnie znali.
— Wstydzisz się więc sama? — przerwał Talwosz.
— Wstydzę, gryzę się, jestem nieszczęśliwa — rzekła Dosia. — Nie wiem jak do tego doszło, co się stało ze mną. Winnam ja, winien mój los, przeznaczenie... lecz co się stało, powtarzam, odstać się nie może. Lituj się, łaj, ale nie czerń mnie przed ludźmi. Ty kiedyś może przebaczysz, albo przeklniesz mnie...