Po odwiedzinach pani kasztelanowej nastąpiły inne, przyszedł biskup chełmski, zjawił się Solikowski, a potem wierny sługa Rylski. Każdy z gości przynosił wiadomostkę jakąś o królu, oznajmując co robił, gdzie był i jaki program dnia tego został ułożony.
Na zamku dnia tego dla pilnych spraw była narada panów senatorów, której Henryk musiał być niemym i znudzonym świadkiem. Obowiązek ten dla płochego młodzika należał do najcięższych.
Nie wszyscy senatorowie mogli i chcieli mówić po łacinie, a i tego języka Henryk nie był wielce świadomym; rozprawy żywsze toczyły się po polsku, a tych mu treść ktoś po włosku lub francuzku szeptać musiał.
Pomimo wysiłku aby okazać że to go niesłychanie zajmowało, król siedział zadumany, znużony, niemal drzemiący a widocznie tak kwaśny i chmurny, że się tego nawet ukryć nie starał, bo to przechodziło siły jego.
Spoglądano ku tronowi, a mniej dobrze usposobieni dla Francuza uśmiechali się z tej męczarni, która była zarazem i smutną i pocieszną. Bądź co bądź jednak król siedzieć musiał i dosiadywać do końca.
W izbie senatorskiej tymczasem wśród najpoważniejszych narad nad stanem kraju i bieżącemi sprawami nie dawało się ukryć poruszenie jakieś, które nie miało żadnego z niemi związku.
Przyczyną jego był burzliwy pan Samuel Zborowski, który nie chciał czekać obrad końca i wyzywał Tęczyńskiego gwałtem, aby się z nim stawił w szranki.
Uwiadomiony o tem pan z Tęczyna wybiegł z izby natychmiast otoczony przyjaciółmi, którzy się lękali napaści ze strony Zborowskiego.
Ten cały już uzbrojony, gotów do walki, wrzący z gniewu, nie hamując głosu biegał po antykamerze, wywołując Tęczyńskiego i sromocąc go obelżywemi wyrazy, iż się przed nim jako tchórz ukrywał.
Wybiegł Tęczyński wprost z izby senatorów ku niemu w towarzystwie Wapowskiego i kilku innych przyjaciół.