— Żalińsiu moja! mów. Cóż to tam takiego?
Ochmistrzyni potrząsała tylko głową.
— A! nieszczęśliwa ty moja sieroto — zawołała — której przeznaczeniem karmić zdradę i niewdzięczników chować na własny srom i zgubę.
— Mówże! zaklinam cię — przerwała już naprawdę zaniepokojona królewna.
Żalińska się obejrzała dokoła, westchnęła i zbliżywszy się do Anny, półgłosem rzuciła jej w ucho.
— Jak mnie żywą widzicie, jak chcę mojego zbawienia... tak... oto przed godziną, tu, w Krakowie, przebraną za mężczyznę widziałam tę niepoczciwą Dosię, którą my sądziliśmy już u stryja na Podolu...
Ją Francuzi zbałamucili i wykradli, tak jak przedtem Zajączkowską.
Oburzyła się królewna.
— Żalińska! Śni ci się! To być nie może... Dosia! Zagłobianka! ona! ona... Boże miłosierny!
— Tak ona, ta cnotliwa, ta dumna Dosia, która ani mojego syna nie chciała — poczęła Żalińska — ani tego szalonego Talwosza... nikogo.