— Patrzcie, abyście zawczasu nie uderzyli na alarm — zawołał Pibrak.
— Sederyn jest człowiek pewny — rzekł Villequier — można polegać na nim.
— A na jego zręczności? — spytał król.
— Zarówno — rozśmiał się Souvray. — Patrząc na niego, niktby o przebiegłość i rozum tego otyłego rzeźnika nie posądził, a jednak...
Bellièvre, który dotąd słuchał milczący, przybliżył się powolnemi krokami.
— A ty co mówisz na to? — zapytał król.
— Nic, oprócz iż dla mnie osoba W. Król. Mości nadto jest drogą, abym się o nią nie lękał. Dlatego życzę rozpatrzeć wszystko dobrze i ważyć jak najmniej. Znam Polaków.
— Pochlebiam sobie, że i ja ich przynajmniej tak dobrze znam jak wy — odezwał się Pibrak. — Są gwałtowni, obawiałbym się ich i ja, gdyby nie byli tak dobroduszni, tak łatwowierni, że ich zawsze na słowa zręczne wziąć można. Spytajcie biskupa Walencyi co im wmawiał i przyrzekał.
Są tak dziecinnie ufni, iż wierzą co im kto powie.
— Ale zwiedzeni i oburzeni — dodał Bellièvre — w namiętności nie znają miary. Naówczas są to Zborowscy.