Po gromadach skupionych w Rynku słychać było mowców wykrzykujących, którzy na próżne beczki albo na przekupek stołki wdrapawszy się, na króla i senatorów wymyślali.

Naprzeciwko Panny Maryi stał jeden, który gardło zrywał dowodząc, że z tego Króla Nocy nic nigdy dobrego być nie mogło.

— Ślepe Mazury go po nocy królem okrzyknęły — mówił — po nocy go koronowano i nocą też uciekł.

Nietoperz to a nie król.

Piasta nam potrzeba było a nie takiego przybłędy z za morza, nieznajomym bełkoczącego językiem.

Czemu go zaraz nie ożenili panowie senatorowie? którzy się dali pieniądzmi przekupić i krew Jagiellońską mu sprzedali. Gdyby sie był z królewną ożenił, byłaby go ona umiała utrzymać. Ją trzeba było obrać królową, a chciałby mieć koronę, niechby ją był wziął.

Dalej ku ratuszowi gorzej było...

Tam na stolnicy, którą na fasach ustawiono, czeladź rzeźnicza zrobiła sobie teatrum.

Występował na niem z cienkiemi jak patyki nóżkami, w śmiesznym stroju z jakichś oberwanych sukna kawałków niby król, Henryka przedrzeźniająca karykatura.

Chłopiec udający go wywijał się, kłaniał, brał w boki, tańcował, a gawiedź śmiała się do rozpuku.