Trafił z tym zapytaniem na samego Barwinka, który nizko się pokłoniwszy, skorzystał ze zręczności i spytał.
— My tu mamy tylko Rittera von Nemetsch! miałżeby to być Polak Niemeczkowski?
Bieliński się rozśmiał głośno.
— A juści nie kto inny jest, tylko szlachcic polski, Niemeczkowski.
— No, proszę! — odparł Barwinek — a języka rodzonego tak zapomniał!!
— Ba! — zawołał Bieliński — co za dziw, gdy może przez te lat dwadzieścia i kilka, jak Niemcom i cesarzowi służył, nie wiem czy go raz w rok przy świętej spowiedzi używał!!
Zapisał to sobie Barwinek w pamięci i z tem większą ciekawością przypatrywał się gościowi swemu.
Rotmistrz tego dnia poszedł szukać dawnego znajomego aż do izby na strychu, i tam się między niemi zawiązała następująca rozmowa.
Niemeczkowski z początku mówił ciężko i połamaną polszczyzną, dopiero, gdy się z Bielińskim rozgadał, popłynęła mu coraz łatwiej.
Uścisnęli się w progu.