Zasłali mu ręcznik czysty, przynieśli chleb świeży, na ławie siadł. Dwór miał rozkaz, aby na pana za wrotami czekał.
Gospodarstwo oboje pyszni tem, że pana przyjmowali, krzątali się, aby ugościć... Garuśnica nawet psom mleka postawiła na misie u pieca...
Król tymczasem rozpytywał starego o gospodarstwo, o życie, o zarobek, o ciężary...
Ośmielający się coraz bardziej stary Leksa, tak w końcu poufale i swobodnie odpowiadał, jakby z prostym człowiekiem rozmawiał. Daleko mniej strasznym mu był król od Neorży.
Znowu tedy nazwisko to się nawinęło na usta kmieciowi.
— A toś się powinien pocieszyć, mój stary — rzekł król do niego, bo nie ciebie jednego odziera Neorża, próbował i mnie.
— Miłościwy panie! a jakżeby się on ważył! zawołał kmieć.
— Jak? tak jako na ciebie — rozśmiał się Kaźmirz. Masz wiedzieć, że w Wieliczce przy soli konie moje żupnicy utrzymywać mają powinność... Dobrze się tam szkapom dzieje... Neorży się też zachciało swoich tam parę dać, aby mu je żywiono darmo... Trukla i Lewko, gdy je przyprowadzono, nie śmieli odpędzić... jadły więc moje obroki i spasły się...
Wiaduch głową pokręcał.
— Alem dobrze skarcił tego śmiałka — dodał Kaźmirz, i zakazałem, aby mi się na oczy nie pokazywał...