— Złego słowa nie mówcie w złą godzinę — odezwał się zafrasowany. Niech Bóg od tego uchowa! Bodzanta odgrażać się może, ależ — nie rzuci klątwy... nie!
— Baryczka sam się na to gotów ważyć, męczeństwa mu się gwałtem zachciało... a może też pewien, że bezkarnie mu ujdzie, i sławę sobie zyszcze, iż króla zmógł. To sprawa Baryczki...
Wierzynek przerwał mówiącemu lekkiem uderzeniem po rękach...
— Nie przypuszczajcie, nie domyślajcie się takich złych rzeczy!... zawołał. Dość i bez nich król ma na głowie, wszystko się to rozproszy i rozwieje...
— Niech mi się pana mojego tknąć waży — nie zważając na wyrazy uspokajające, rzekł Kochan, mocno zburzony — a ja mu to pożądane czy nie męczeństwo sprawię. Tylko może nie takie, jakiegoby pragnął, żeby o niem po całem świecie głoszono, po cichu klechę sprzątnąć każę, i przepadnie bez wieści... kamieniem w wodę!
Wierzynek powtórnie go po rękach uderzył.
— Milczcie, rzekł, nie do rzeczy prawicie. Postrachy groźne tylko sieją, aby więcej na królu wymogli. Wykupimy się im pieniędzmi, bo tych tylko pewnie chcą.
— Chyba nie znacie Baryczki — podchwycił Kochan. — Nie o pieniądze mu idzie! ale o to, aby duchownej władzy moc okazał, króla ustraszył i upokorzył. Król zaś, jak dobry jest, tak powagi swojej i korony swej zazdrosny. Nie ustąpi on, nie cofnie się i klecha.
Tu, bębniąc palcami po stole, aż sprzęt na nim brzęczeć zaczął, Kochan zamilkł... twarz zła reszty dopowiadała.
Wierzynek zadumał się nieco, chociaż widocznie do serca tak bardzo nie brał tego, co się stało i co się zapowiadało. Zdało mu się, że rozdrażnionego człowieka najprędzej ułagodzi przyjęciem, i począł wołać na czeladź, aby wina korzeniem zaprawionego podano.