— Wielbię, rzekł, święty zapał wasz i gorliwość — szanuję tę odwagę — lecz nie sprawicie nią tego, co uczynić chcecie, oburzycie, nie nawrócicie go...
Powstanie ztąd walka, która zamiast zbliżyć nas do tronu, oddali od niego, przyniesiesz zgorszenie...
Bądźcie jak Chrystus Pan surowi a miłosierni, prawdomówni a litośni...
Baryczka poruszył się niecierpliwie.
— Mam to przekonanie, zawołał, iż święte posłannictwo spełniam, i że w takich godzinach posługi kościołowi, Bóg na niegodną czeladź swą zlewa z góry promień ducha świętego... On sam przezemnie mówić będzie. Gdybym rozumem mym ludzkim, ten głos boży w sobie tłumił a psował — byłbym grzesznym!! Modliłem się do ducha Świętego! To rzekłszy ks. Baryczka, pokłonił się, i nie chcąc już przedłużać sporu, z zakrystyi wyszedł.
Gdyby o takim stanie ducha, w jakim się znajdował, powiedzieć można, iż upojeniem jest, możeby to najlepiej go malowało. W upojeniu posłannictwem tem, odziany w komżę i stułę, z krzyżem w ręku, sam jeden, blady, stanął ks. Baryczka w sali wielkiej, poprzedzającej izby króla.
Wiedział, że tu miał nieprzyjaciół, że mu może nawet przystępu do króla bronić będą. Od progu spotkały go wejrzenia urągliwe, dumne — złośliwe.
Nic go to nie obeszło.
Odwracano się od niego, nie chcąc widzieć
Śmiało postąpił ku Dobkowi Bończy, który był najbliżej i na głos się odezwał.