Człowiek się zawsze maluje w gnieździe swojem, choćby je nie sam zbudował. Życie wyciska się na tem wszystkiem, co mu posługuje za narzędzie i podkłady.

Dwie cele księdza Baryczki były tego najlepszym dowodem. Nieopalane nigdy, ciasne, zaniedbane, nawet tych węgli żarzących, któremi inne, pozbawione jeszcze pieców i kominów mieszkania, bo te dopiero w możniejszych domostwach zaprowadzono, nie widywały nigdy.

Ks. Marcin prowadził życie umartwień umyślnych a nielitościwych. W pierwszej izdebce mieszkał ubogi chłopak, który mu wieczorem nosił latarkę i towarzyszył, gdy wychodził — w drugiej tapczan, licho i twardo zasłany, klęcznik, dyscyplina z drucianemi haczkami na ścianie, krucyfiks prosty, nieco książek, odzież na kołkach, składały całe mienie. Licha skrzynka niezamknięta, mieściła bieliznę i pomniejsze mienie. Syn zamożnego dosyć rodu, raz wdziawszy suknię kapłańską, dobrowolnie stał się ubogim. Co miał, dzielił z biednemi, dla siebie zostawiał tylko tyle, by mógł życie utrzymać. Żadnych wygód nie potrzebował.

Modlitwa, posty, biczowanie, nieustanne posługi duchowne, w których drugich wyręczał — utrzymywały go w stanie podniecenia duchowego, w rodzaju ascetycznej gorączki, z której nie ostygał nigdy. Nie czuł więc nawet umartwień, na które się skazywał, bo stan taki rodzaj anestezyi sprowadza.

Zimno, głód, wyczerpanie, często dopiero wówczas dawały mu się uczuć, gdy na pół omdlały już upadał.

Surowy dla siebie, nie był też pobłażającym dla drugich — karcił, strofował, obchodził się z ludźmi bez litości, i ci nawet, co go szanowali, zdumiewali się, musieli być wdzięcznymi, — kochać go nie mogli. Zdawał się odstręczać umyślnie od siebie, aby mu miłość ludzka nie wynagradzała tego, za co chciał mieć w niebie zapłatę.

Jest to pewnikiem, iż najłagodniejsi ludzie, często przez samolubstwo światu się wdzięczą, aby uniknąć prześladowania i powolnością spokój sobie zakupić.

Ks. Baryczka postępował przeciwnie; ostrym i szorstkim był, aby go nie oszczędzano.

Widziano już w nim natenczas męża przeznaczonego do zajęcia najwyższych stanowisk w kościele, którego praw mógł być nieulęknionym obrońcą.

Wyjechał król na łowy... Przez dni kilka mówiono wiele o poselstwie Bodzanty do Kaźmirza, domyślając się różnie jego skutków. Ode dworu nic a nic słychać nie było.