— Nie powrócił!! — powtórzył kanonik — a gdzież był?
— U Franciszkanów ze mszą.
— A potem?
Janczyk płaczący poruszył ramionami — nie wiedział.
Zadumał się ks. Andrasz, lecz że nie zwykł był nic brać bardzo tragicznie — rzekł ustami przekręcając...
— Biskup pewnie mu robotę dał pilną, albo — ja tam nie wiem co. Już z północy być musi, kiedy go nie ma, to go nie będzie. Idź spać, o pacierzu nie zapominając, światło zagaś, drzwi pozamykaj... Jużci mu się nic stać nie mogło.
Tak chłopaka uspokoił ks. Andrasz, ale sam zadumał się głęboko. Trwało to tylko chwilę, póki natura i obyczaj góry nie wzięły. Spokojny i na wszystko zawsze zrezygnowany ks. Andrasz, powiedział sobie, iż złego nic nie było — a jutro wszystko wyjaśni.
Z tem począł krótką modlitwę i spać się położył.
Janczyk dopiero zasnął nadedniem. Ks. Baryczki ani od niego wieści i o świcie nie było.
Przebudziwszy się, ks. Andrasz przypomniał sobie, co wczoraj zaszło, zajrzał do Janczyka, dowiedział się, iż ks. Marcin nie wrócił dotąd, i wybrał z ciekawością wielką śledzić, co się też z Baryczką stało.