Lecz dowodu, kto i z czyjego rozkazu popełnił zbrodnię, nie było... Vox populi, prawnicze argumenty jurystów is fecit cui prodest i t. p. nie starczyły na potępienie prostego winowajcy, cóż dopiero króla.

W ciągu dni kilku, gdy zwłoki ks. Baryczki na widok publiczny wystawione były, a głoszono już, że cuda się przy nich działy, że światłość je nocami otaczała, że cale niezepsute trwały i wydawały woń przedziwną — lud coraz więcej grozą się przejmował i na duchu podnosił....

Zastarzali grzesznicy biegli do spowiedzi, nawracali się bezbożni... — trwoga przychodziła jakaś na wszystkich.

W domu Świniagłowy, w którym Baryczka bywał często, stary Kuba, mimowolny świadek rozmowy Kochana czasu wesela z ks. Marcinem, głośno zaczął opowiadać, iż na uszy swe słyszał, jak mu Rawa śmiercią groził.

Nie mógł więc tego dokonać nikt inny, tylko on.

Tak, obok imienia króla stanęło zaraz ulubieńca jego imię, jako posłusznego narzędzia.

U ludu tworzyła się z domysłów legenda, mająca wszystkie prawdopodobieństwa cechy — przyjęte za prawdę — lecz niedowiedzione niczem.

Ks. Suchywilk widząc, jaką ona królowi krzywdę czyniła i jaką plamę nań rzucała, przekonany, iż Kaźmirz ani mógł, ani myślał podobnego wydawać rozkazu, zapytał króla i zaklął o wyjaśnienie mu prawdy.

Uroczyście król mu zapewnił, że w zbrodni tej żadnego nie miał udziału.

Ks. Jan poszedł z tem poprzysiężonem zapewnieniem do Biskupa, lecz ten ani chciał słuchać nawet, a krok uczyniony wziął jako oznakę niepokoju i zakłóconego sumienia. Dla niego był to owszem dowód jeden więcej, iż do winy zbrodni tej dwór się poczuwał.