Z okazałością wielką, z krucyferem, z dostojnikami kapituły, poważny starzec wyjechał z dworca swego do katedry na Wawelu...
Kościół był przepełniony, lecz ani jeden z wyższych urzędników królestwa, ani jeden ze dworu Kaźmirza nie ukazał się w nim. Czeladź nawet, na zamku pozostała, schroniła się do swoich szop i komor. W dziedzińcach pusto było i jak wymarło... Drzwi zamkowe pozamykane na kłody, żywej duszy przy nich.
Neorża tylko, Otto ze Szczekarzewic, Pszonka, Janina i ludzie tego obozu przyszli słuchać okrutnej klątwy kościelnej i patrzeć na rzucane i łamane świece, na ten obrzęd straszny, jak spełnienie śmierci wyroku, groźny, jak katowanie zbrodniarza...
Rozległo się — anathema... zaparto drzwi kościelne, biskup powrócił do dworca swojego.
Zdawało mu się, że wszelkie życie ustać powinno było w Krakowie, że płacz i jęki rozledz się po nim miały, że kirem i popiołem ludzie się pokryją... Tymczasem powszedni żywot bez żadnej zmiany widocznej, płynął trybem swoim dalej, a Wierzynek zagadywany przez ciekawych, odpowiadał, głowę spuszczając — że, sprawa między królem i biskupem w Rzymie się rozsądzi i zagodzi.
Dziś więc nie była to już walka między kościołem i władzą świecką, lecz prosty spór Kaźmirza z ks. Bodzantą.
Za taką ją uważano. Czasy się wielce zmieniły...
Księga czwarta. Biczownicy
Lat trzy upływało od opisanych wypadków.
W domu niegdyś Kuby Swiniagłowy, a dziś, po zgonie jego i niegdyś pięknej Agaty z Opola — należącym do piękniejszej od niej Baśki, żony Fryca Matertery — wiele się rzeczy zmieniło nie na lepsze.