Po innych posłach nadciągnęli na biskupstwo ks. Przeor dominikański z ks. Ireneuszem, domagając się z pasterzem rozmowy. Byli naocznymi świadkami zapału, jakie wywołali tu biczownicy, słyszeli płacz i głosy tłumów, — lud gorąco był przejęty...

Nie można było lekkomyślnie porywać się na tych włóczęgów, których pozór gorliwości religijnej okrywał jakimś urokiem w oczach ludu.

Lecz biskup, ze zwykłą sobie energią, uwag tych słuchać nie chciał, miał się za silniejszego nad gawiedź zbłąkaną i roznamiętnioną — pobłażać nie myślał wcale.

Miano już wysyłać pachołków, gdy nadejście dwu dominikanów wstrzymało na chwilę wyprawę.

Wysłuchawszy ich, biskup ręką rzucił — stał przy swojem, nie obawiał się czerni...

Ks. Ireneusz, całując go w rękę, szeptał cicho.

— Wasza pasterska mość pewnie lepiej wiecie co począć, ale ludek pobożny, choć ślepy, poruszony bardzo — płakali i ci nawet, co płakać nie chcieli. Jakaś siła zła czy dobra jest przecie w tem obrzydliwem zbiegowisku — trzeba dać ostygnąć zapałowi... porozchodzą się ludzie....

— Po co zważać na ludzi? odparł biskup — sam mówisz ojcze, że jakaś moc w nich jest, a nie inna, tylko szatańska, bo on wszelkie herezye pysze ludzkiej podszeptuje... Więc precz z nimi, precz, aby się nie mnożyło złe, za które ja w sumieniu odpowiedzialnym będę. — Rozpędzić ich, niedosyć... wygnamy ich ztąd, pójdą gdzieindziej, poniosą dalej tę zarazę... Przewódzców ich potrzeba zabrać, posadzić, wybadać... Reszta tego stada się rozbieży.

— Bez wątpienia — szepnął ks. Ireneusz... tylko w tej chwili biedny ludek ma łzy na oczach... a wnętrzności poruszone tym widokiem, więcby pofolgować, aż ostygną.

Biskup się zżymał przeciw temu.