Z łatwością przyszło Kaźmirzowi przybliżyć się do pięknej mieszczki, która dnia tego z nadzwyczajnym smakiem i bogato była strojną. Pas jej szczególniej, sadzony drogiemi kamieniami, strumienie pereł na szyi, czółko świecące rubinami — zwracały zazdrosne kobiet oczy.
Król, znalazłszy się tak blizko, iż rozmowę mógł rozpocząć, wprost zagaił ją wielkiem uwielbieniem nadzwyczajnej piękności.
— Miłość wasza — odpowiedziała śmiało Rokiczana — musiałeś wiele w życiu widzieć piękniejszych, a niepowinieneś sądzić, że przesadzoną pochwałą potrafisz z ubogiej mieszczki pragskiej zażartować.
— Wziąłbym was za królowę! — odparł Kaźmirz — gdybym już wczoraj, tą pięknością uderzony, nie spytał o nazwisko.
Było to potwierdzeniem tego, co Kochan mówił jej rano. Rokiczana się uśmiechnęła.
— Wielka to cześć dla mnie — odpowiedziała, spuszczając oczy — lecz, łatwoby się też ona w smutek mogła zamienić, gdyby nie to, że prędko przeminie pamięć...
Nie dał król dokończyć.
— Piękna Krystyna — rzekł — pewną być może, iż póki żyw, o niej nie zapomnę.
— Wasza Miłość znać od francuzkich trubadurów uczyłeś się słów pięknych, któremi biedne zwodzą niewiasty, lecz i my też wiemy, co one ważą — odezwała się Krystyna.
Kaźmirz, wpatrzywszy się w nią bardzo śmiało a lubując się wielkiej piękności, nie znalazł na to wprędce odpowiedzi. Wzrok ten badawczy i przeszywający, który zdawał się przebijać zasłony, poczuła dumna Krystyna, wyprostowała się, spojrzała z góry i odezwała cicho...