Rokiczana, widząc nadchodzącego króla, przed którym tajemnicę tę tak długo i zręcznie ukrywać się starała — krzyknęła straszliwie, rękami twarz zakryła, pochyliła się na stół... Chwilę krótką zdawało się, że omdleje, lecz zamiast mdłości, gniew ją ogarnął...
Z rozpuszczoną włosów swych resztą, z oczyma zaognionemi, porwała się przeciw Kaźmirzowi.
— Patrz! — zawołała — chciałeś tego zapewne, abyś mnie podejrzał i wiedział, jaką jestem... Zdradzono mnie, wydano...
A! wstydu tego nie zniosę!
Blizko stojącą Zonię silną ręką popchnęła od siebie ze złością.
— Precz mi z oczów, ty żmijo! — krzyknęła.
Król stał niemy, wstręt go większy jeszcze ogarnął na widok kalectwa kobiety i wzruszenia jakiego doznała, ale i litość zarazem.
— Nie możecie się skarżyć na to, abyście byli oszukaną — odezwał się, bo i wy mnie oszukiwaliście długo... Żyćbyśmy z sobą dłużej nie mogli, wiecznie się wzajem gryźć i kąsać obojgu nam nie przystało. Lepiej uczynicie, opuszczając Kraków, o synaczku ja nie zapomnę i wychowam go jak królewskie dziecię...
Rokiczana, padłszy na siedzenie, już nic nie słuchała, zachodząc się od płaczu i jęków...
Kaźmirz, nie mówiąc więcej, wyszedł, zostawując ją samą, a Kochan z rozkazu jego wysłał natychmiast służebne, aby miały o niej staranie.