Nazajutrz razem pojechali do Krakowa. Lewko kazał się wozowi swojemu u drzwi Esthery zatrzymać. Nie chciał mówić naprzód z nikim, nikogo wzywać, z nikim radzić, pókiby sam z nią nie mówił. Postawę przybrał uroczystą: opiekuna i sędziego. Estera, która go zajeżdżającego widzieć musiała, wyszła naprzeciw do progu.

Nic w niej nie zdradzało upokorzenia, obawy, wzruszenia na widok człowieka, który szedł ku niej milczący i groźny.

Znalazł ją przybraną bogato i starannie, z twarzą rozjaśnioną i dumną. Przywitała go chłodno, jakby przygotowaną była na niemiłe badanie.

— Esther — odezwał się Lewko głosem, jakby przybranym, nieswoim, chociaż znał ją od dzieciństwa, i zwykł był do niej przemawiać inaczej. Esthero! ja tu przybywam nie jako Lewko, krewny twój i opiekun — ale jako sędzia, jako jeden ze starszyzny narodu naszego. Prawdę mi mów.

— Nigdym nie skalała ust moich fałszem — odparła Esthera spokojnie — pytaj...

— Król — począł Lewko wpatrując się w nią. Co mówią o tobie i o królu w mieście? Możeż to być?

— Co mówią? spytała zimno...

— Zowią cię kochanką jego...

Wpatrzył się jeszcze silniej w nią, nie spuściła oczów...

Milczeli oboje — chociaż Esthera nie zdała się odpowiedzi szukać i być jej niepewną.