Przemógł się wreszcie, odsłonił ją i powstał.
— Nie przeklinam cię, — rzekł — Bóg nasz niech sądzi. Trzymasz serce królewskie w dłoni — nie rzucajże go... Żadna dotąd niewiasta przywiązać go nie mogła do siebie — przykuj go, nie puszczaj. Tem tylko uzyskasz od nas przebaczenie.
— Przebaczenie? powtórzyła dumnie Esthera — dziękować mi powinniście, nie przebaczać.
Lewko spuścił głowę upokorzony... Surowy twarzy wyraz, z jakim wszedł, zwolna z niej schodził. Był coraz bardziej izraelitą obrachowującym korzyści uczynionej ofiary...
Esthera śledziła w nim tę zmianę, jak gdyby naprzód pewną jej była.
— Kocha cię król — począł Lewko, stało się to... któż wie, co to zrządziło? Każże mu się kochać gorąco, bądź dlań wszystkiem, niech w tobie znajdzie to, czego szukał życie całe... Jeśli porzuci cię...
— Nie porzuci mnie — odparła Esthera. Tamte, które brał i ciskał, nie kochały go, jak ja... on czuje, że ma całe serce moje... Tamte miłowały go dla królestwa jego, dla skarbów, dla wielkości — ja kocham człowieka, nie króla — ale król i pan mój dla rodu mojego pozyskany zostanie...
Lewko słuchał — skłonił głowę, czuł, że kobieta, którą miał przed sobą, nie samą pięknością musiała wziąć serce pana, ale i rozumem tym, który z każdego jej słowa wytryskał...
Cóż więcej mówić miał? naciągnął płaszcz na ramiona i chciał odchodzić, wstrzymała go Esthera.
— Lewi, rzekła — dobijali się nasi do drzwi moich, zamykałam je przed wszystkimi — tobiem je otworzyła tylko. Jesteś człowiekiem rozumnym. Mów im za mną, aby nie przeklinali mnie i nie odpychali, mów, aby napróżno nie starali się mnie oderwać od niego...