— Stało się.
Nazajutrz zjawił się ks. Suchywilk, który miał czas przekonać się z tego, co słyszał na królewskim dworze, iż pogłoska nie była fałszywą. Smutny przychodził tu po jej potwierdzenie.
Wierzynek był już przysposobionym.
— Prawdą więc jest, co powiadają? zapytał ks. Jan.
— Gdyby nią było — odparł, nam wiernym sługom pańskim nie godzi się wiedzieć o tem, co on sam zataił przed nami. Dopóki król nie powie mi: — wypłać Estherze z żup ratę, dopóki nie przyzna ją za swoją, ja oczy zamykam.
— Ale ja ich na to zawartych trzymać nie mogę! odparł ks. Suchywilk... Zarzucają mi ludzie, żem mu w wielu sprawach pobłażał... cóż powiedzą, jeżeli teraz zmilczę?
— Powiecie, że wy badać króla w prawie się nie czujecie, rzekł Wierzynek.
— Nie! — zawołał Suchywilk, będzie co chce, zagniewa się na mnie, a co mam w sercu wyleję z niego!
— I nie pomoże to nic — rozśmiał się Rajca krakowski, prędzej go upornym uczyni. Najgorszem jest brać za wielkie, co małem w istocie...
— Małem to zwiecie? wykrzyknął z oburzeniem Suchywilk. Któż wie, jaki wpływ ta niewiasta wywierać może na niego. Ludzie nad płeć rozumną ją głoszą.