— Wyście tu u nas głową, odparł Bodzanta dumnie, chociaż ja w mej dyecezji pasterzem... Postanowicie, nie sprzeciwię się, lecz przekonanym nie mogę być, bom innej myśli...
To mówiąc, począł żegnać Bogorję, który go pod rękę ująwszy, do drzwi ze czcią odprowadził.
Wszyscy inni pozostali, czas jakiś nie odzywając się. Odejście Bodzanty, jakby brzemię zdjęło im z serca...
Głos zabrał Suchywilk.
— Ksiądz Pasterz nasz, — chociaż inaczej się zapatruje na położenie, jestem pewny, gdy da Bóg, dokona się to, cośmy tu postanowili — nie sprzeciwi się i sam się z nami połączy. Ma żal jeszcze do pana naszego, ale... ustąpi on.
— I ja tak tuszę, potwierdził Arcybiskup, który chętnie szedł za zdaniem siostrzana swego.
Spytek, Ligęza, Odrowąż i Przedysław z Gołuchowa nie mieli nic do dodania — zgadzali się na małżeństwo i na środki dla przyśpieszenia go. A że Suchywilk, najlepiej znający króla, radził pojedyńczo występować — i tę myśl trafną, a zastosowaną do charakteru króla, przyjęto.
Bogorja miał najpierwszy wystąpić, a że długo w Krakowie bawić nie mógł, zaraz nazajutrz na zamek z tem jechał.
Budowano tam właśnie i nowe wznoszono mury, król tak się zajmował robotami około zamku, iż sam codzień przypatrywać się im, rozpytywać o nie chodził.
Zamek już za ojca dźwignięty i nieco rozszerzony, chciał Kaźmirz uczynić jeśli nie takim, jakiby przystał wielkiemu państwu jego, to przynajmniej odpowiedniejszym swym upodobaniom.