— Wierzbięta pojechał tam — mówił, albo z siebie sam, aby co utargować, lub zawołany... hę?
Groszek brwi podniósł do góry.
— Kat go wie? rzekł — dopytać nie było można, ale na dworze go przyjmowali i u króla jadł.
— A z kim król nie je? odparł Maciek, u niego wszyscy dobrzy, byle mu pochlebiali, a na życie jego nie mówili nic...
— Mało, że Wierzbięta był — dodał szlachcic, było ich tam temi czasy dosyć. Naposiedli się króla żenić.
Maciek prychnął.
— Ma on ich dosyć! zawołał — jeszcze mu jednej trzeba. A cóż z żydówką będzie, bo tę słyszę, tak miłuje, jakby mu Messjasza narodzić miała.
— A no, toż i przyszedł na świat! zawołał Groszek, ochrzcili go w kościele, i szczyt mu król dał... a zowią go Pełką.
Nie mogli snadź inaczej oderwać od żydówki, więc mu żonę zaswatali.
— Niemkę znowu pewno, bo litwinki drugiej ani rusinki dla grubego obyczaju nie weźmie... rzekł, śmiejąc się Borkowicz — anom ciekawy, jaką?...