Właśnie to pora — lub nigdy...

Wszyscy oszołomieni, nikt oczów niema a podejrzenia nie poweźmie nikt. Prędzej uwierzą, że podpiwszy Borkowicz, młodej nie znalazłszy, do starej poszedł na zabawę...

Odpychała go od siebie napróżno Konradowa, stał uparty.

— Nie odejdę ztąd, aż mi słowo dasz... — rzekł. — Nie darmom przyszedł... Chcesz, nie chcesz, a musisz... albo o pierścieniu historję powiem — niech ci choć szyję ukrócą!

Wyczekał chwilę, nie otrzymując odpowiedzi, tylko przeciągłe stękanie i jęki.

— Powiadam ci — powtórzył. — Król albo dziś, lub najdalej jutro się do Estery swojej wykradnie, chorym uczyniwszy. Królowa będzie sama. Wpuścić do niej mnie musisz...

Nic nie pomoże — dodał — ja się niedam odegnać. — Zlęknie się pewnie i ona, nie zechce może tak jak i ty — powiedz jej toż samo...

— A to z was dobry przyjaciel! — krzyknęła Konradowa — po to wymodliliście pierścień, aby nim straszyć?

— Na cóż by mi się inaczej zdał? — rozśmiał się bezwstydnie Maciek. — Albom to ja jak te niemcy lub francuzi, co lada kawałek wstążki noszą lata całe na piersi, dla miłości niewiasty!?

Rozśmiał się dziko...