Zamknęły się za nim drzwi, gdy Konradowa, jak rzucona siłą jakąś obcą, z siedzenia się porwała, i ręce załamawszy, poczęła po izbie chodzić, coraz to za głowę się chwytając, to palce zaciskając rozpaczliwie.
Tymczasem na zamku zabawa trwała.
Szukała w głowie sposobu, jakimby się zbyć mogła niebezpiecznego człowieka i rozmyślała jeszcze, znaleźć go nie mogąc, gdy śmiało ktoś we drzwi zastukał i natychmiast wszedł na próg.
Był to podkomorzy i ulubieniec pański, Kochan Rawa, którego Konradowa już znała i z twarzy i z rozgłosu, bo wcześnie jej o tem mówiono, że on u pana swego był najulubieńszym i najmożniejszym.
Ze śmiałością człowieka, który prosić o nic nie potrzebuje, a rozkazy przynosi — stawił się Kochan, ledwie starej głową skinąwszy.
— Mam do was zlecenie od pana — rzekł krótko, wpatrując się w nią bacznie; bo załzawione jej oczy i twarz trwogą napiętnowana uderzyć go musiały.
Przerwał sobie i wtrącił.
— Coście to tak zakłopotana, moja jejmość? Juściż źle u nas na dworze ci nie jest, ani na czym zbywać może?
— Nic mi, nic, prędko przerwała Konradowa.
— U nas płakać nie powinniście — mówił Kochan — pan dobry, nagroda hojna, ale panu też służyć dobrze potrzeba i wiernie.