Z wielką uwagą przysłuchiwała się słowom tym, niespodzianym dla niej, stara — głową potrząsała i oczy wywracała.
— Boże miłosierny! — szeptała — Boże! co za człek! co za człek!
— Ja go już znać nie chcę! — powtórzyła królowa — rób z nim co możesz — a — precz go odegnać.
Namyślała się chwilę stara, przyklękła przed siedzącą panią, podniosła oczy ku niej i szeptała:
— To miało jeszcze, że on na moją królowę patrzeć śmiał i że się cisnął do niej. Na to by nikt nie zważał... ludzi dosyć, nikomu na piękną panią swą patrzeć nie wzbroniono... Mało tego! Ale co ja powiem gołąbce mojej — włosy wstają na głowie! Nie powiedziałabym była może nic, aby darmo nie trwożyć, ale co ja z nim poradzę?
Królowa podniosła wzrok na nią i oczy wlepiła w wylękłą.
— Mało tego, że tam się cisnął — kończyła Konradowa — ale kiedy ja tu siedziałam sama, sama jedna, bo tu teraz do mnie i stróż nawet nie zajrzał, — na raz... kto wchodzi... Maciek Borkowicz...
— Gdzie? tu? — zapytała królowa.
— Tu, do mojej izby — dodała, wskazując na drzwi palcem stara. Tu — tak mi Boże dopomóż. A z czem przyszedł?... Trzeba go było posłuchać! Powiada — pierścień od niej mam.... Pierwej ona mnie się uśmiechnęła niż królowi, chcę mówić z nią, chce się widzieć sam na sam...
Królowa drgnęła i rzuciła się na krześle nie spokojna. Nowy rumieniec oblał jej nietylko twarz, ale białe, obnażone ramiona. Oburzenie wyryło się na twarzyczce.