Dwa słowa zamienili z Kochanem i ulubieniec pański biegł z twarzą rozweseloną do komnaty, w której król wielkiemi, niespokojnemi przechadzał się krokami.
Uśmiech jego i oczy błyszczące dały odgadnąć dobrą nowinę.
— Czechy przybywają za godzinę! — zawołał w progu Kochan — niosą zaproszenie na wesele.
Kaźmirz rzucił mu się na szyję, Kochan go całował po rękach.
— Zkądże wiesz?
— Posyłałem Przedbora...
Złoty łańcuszek ze stołu chwyciwszy król zawiesił na szyi Kochanowi.
— Zadorze nagrodę jaką chce! — zawołał — Rozkazy wydawać do podróży, na jutro... Radbym dziś... Kaźmirz poruszony wielce ręce łamał. Śmiał się i sam miarkować się usiłował, gdyż sobie nawet śmiesznym się i zbyt młodym wydawał. Wielka radość nie dawała mu spokoju. Żywa wyobraźnia malowała piękną Margaretę, życie z nią, kolebkę syna, przyszłość jasną i wielką.
Przymierze z Janem osłaniać miało Polskę, na Rusi jeszcze czekały zdobycze, krzyżacy musieli być pokonani.
Zdało mu się, iż wszystko to od ożenienia zawisło, że z niem nowa era w życiu rozpocząć się miała, przebaczenia, pokoju, domowego szczęścia, błogosławieństwa Bożego.