Nie wahał się pana Boga wzywać na pomoc, bo choć krew przelewał i ludzkiem życiem szafował — po swojemu jednak modlił się i na kościoły dawał za grzechy...
— Ja z tego tajemnicy czynić nie myślę — dodał — owszem, głosić będę i wołać choćby z dachu, że wojewoda mi nie ujdzie! Chciał on mnie do więzienia dać — ja go do takiego zamknę, z którego nie wynijdzie aż na sąd ostateczny...
Kto mi wojnę wypowiada, choćby mi nie wujem a ojcem rodzonym był — temu gębę na wieki stulę.
Mówiąc to, walił w stół pięścią Maciek aż się na nim naczynie wszystkie trzęsło i brzęczało, a potem zamilkł i pił.
Brat ani syn nie bronili Beńka, wiedzieli, że z nim rozprawiać, odwodzić go, chcieć upamiętać — daremnem było.
W Poznaniu tymczasem wojewoda, zaufany w Panoszy rozum i zręczność, czekał niecierpliwie na powrót jego.
Przeciągał się on; Beńko codzień rano zapytywał, czy nie wrócił, a wieści o nim żadnej nie miał, aż nagle ktoś przyniósł gadkę o najeździe na gospodę, o ograbieniu Niemczyna, który pieszo się przywlókł do Poznania, i o — prawdopodobnem zabójstwie Panoszy.
Beńko wierzyć temu nie chciał.
Posłał Wrocisza, drugiego swego ulubieńca, na miejsce.
Ten, przybywszy do gospody, naprzód usłyszał o napadzie — potem o zabiciu człeka, którego już pochowano w mogile pod lasem, gałęźmi narzuconej. Nie było innego sposobu przekonania się, czyli w istocie Panosza zabity był, jak mogiłę rozkopać. Choćby ciało porąbane było i zepsute, Wrocisz mógł poznać zamordowanego po tem, że kąpiąc się z nim, u lewej nogi widział sześć palców...