— Słyszeliście? — powtórzyła surowo — taka jest wola moja.
Odwróciła się od niej i wolnym krokiem wróciła do swej komnaty.
Maciek zły i niecierpliwy przybiegł do gospody, po drodze ludzi swych okładając razami silnej pięści, zastawszy w sieni zgromadzonych nad piwem. Kazał się natychmiast do podróży sposobić.
Przyjaciele, którzy go widzieli przez te dni wesołym i rozochoconym, nie mogli odgadnąć, co się z nim stało. On sam nie przyznał się im do niczego.
— Nie mamy już tu co robić! — rzekł — a w domu jest co poczynać. Jutro — na koń!
Do dnia wyciągnęli wielkopolanie, nie opowiedziawszy się nikomu, tak, że wielu potem znajomych do pustej gospody się dowiadywało.
Borkowicz zwycięzko wprost ciągnął do Poznania, nie obawiając się ani Wierzbięty, ani innych, których znał sobie nieżyczliwymi.
Przybyło mu buty jeszcze od ostatniego królewskiego wyroku, a gdy go towarzysze po drodze ostrzegali, aby ostrożnym był, śmiał się na głos wywołując.
— Z królem tym ja uczynię co zechcę! Zna on siłę moją... Do walki za stary... będzie wolał Wielkopolski się wyrzec, niż ze wszystkiemi ziemiany o nią się rozbijać — a ja teraz mieć będę ich wszystkich!
W Poznaniu zawczasu się go spodziewano, bo z Krakowa doszły wieści, że król Borkowiczowi wielkorządy miał zdać i wszystko zwierzyć.