Nazajutrz wyszedł do swoich panów ziemian jakby innym człowiekiem. Widać w nim było przez noc wezbrany gniew i zapamiętałość wielką.
W rozmowie u biesiady codziennej nie o Wielkopolsce i jej prawach mówić począł, ale się z króla urągać.
Tym nawet, co do jego śmiałych przechwałek byli nawykli, wydało się dziwnem, iż pomiarkowania nie miał żadnego.
— Król to żydowski i chłopski! niedarmo go tak zwą, począł na głos... Nas ziemian nie lubi, tak, jak my jego... A no, zobaczemy, czy gdy całe rycerstwo przeciwko niemu się podniesie, chłopi go, żydzi i ziemianie obronią.
Mało kto odważył się nawet głową mu potakiwać. Borkowicz mówił, jakby w sobie utrzymać nie zdołał, co mu dopiekało.
— Królowę sobie też dobrał, jakiej był wart. Jam ci ją znał i ściskał, nim królowi ją dano...
Podniósł rękę do góry.
— Na świadectwo mam oto ten pierścień na palcu... Dała mi go na pamięć, żeśmy się z nią kochali, gdy już była zaswatana... A nie inny pierścień jest, tylko ten, co go od króla miała...
Słuchający osłupieli. Mówiono wprawdzie o stosunkach jego na dworze szlązkim, ale tak jawne przechwalanie się wszystkim usta zamknęło.
— Oj! królowa! królowa! — dodał, wychylając kubek Borkowicz — niech nam będzie zdrowa! I po ślubie przecie nie zapomniała o mnie, bom u niej w sypialni bywał... jako mnie żywego widzicie!