— Któż będzie śmiał usta otworzyć po spełnieniu wyroku? — odparł Kaźmirz.
Ks. Suchywilk zamilkł.
Król usiedzieć w miejscu nie mogąc, przechadzał się ciągle.
— Otoż macie przykład tego, czem jest rycerstwo moje, czem dla mnie ziemianie, którzy podporą tronu być powinni — odezwał się z goryczą. — Rzucają mi w oczy jak zbrodnię, żem chłopów umiłował, że żydom daję opiekę, że mieszczan bronię!! Na Boga! zaprawdę tak czynię to, bo u tamtych pokrzywdzonych, uciśnionych czuję, że mam miłość, u ziemian za dobrodziejstwa odbieram niewdzięczność i zdradę!! Tak ci jest! Nie taję. Jednych podnieść pragnę, drugich okiełznać... Sprawiedliwa rzecz, i winy za nią przed Bogiem nie będę mieć.
Uczuł się ks. Suchywilk, jako dziecię ziemian, jako rycerstwa potomek, dotkniętym.
— Miłościwy panie, rzekł — dla jednej owcy parszywej stada całego potępiać się nie godzi.
— Gdyby jedna tylko w niem była! rozśmiał się król. Wiem ja i czuję, na kogo rachować, kogo się obawiać muszę...
Któż, jeśli nie ziemianie, zmusili mnie niemal do tak wczesnego przekazania korony siostrzeńcowi, który im złote obiecuje góry?
Król westchnął, i zwracając się do Suchywilka dodał ciszej.
— Bóg jeden wie, co przyszłość gotuje, królowa przy nadziei.