— Nie, ja jestem z Warszawy.

— A piękna Warszawa? — przerwała Natałka.

— Trudno ją wam opisać — rzekł rad z zaczepki malarz. Jest tam i pięknego dosyć i brzydkiego nie mało, ale ludu, wojska, panów, powozów siła, i wesoło bardzo. Nad Wisłą, wysoko, król mieszka, w pięknym, starym zamku.

Gdy ten wyraz „król” wymawiał, lice dziewczyny pokryło się szkarłatem całe i oczy błysnęły, a usta mimowolnie powtórzyły: król!

— Króla tu w Kaniowie choć z daleka widzieć musieliście — mówił malarz. Pan jest dobry i miły. Ja miałem nieraz szczęście go widzieć i mówić z nim.

Kobiety spojrzały na siebie i zamilkły. Plersch dla odwagi wino pił i coraz się ożywiał.

— Cóż król robi? — spytała Natałka.

— A, mój Boże! — odparł śmiejąc się Plersch — to bardzo trudno wam powiedzieć. Męczy się, króluje, ludzie mu się kłaniają, piękne panie oczyma go łapią.

— A lubi piękne panie i gładkie liczka? — zapytała Sydorowa.

— O, a któżby ich nie lubił? alboż król nie człowiek? — mówił artysta. Chciałbym mieć tyle lat życia, ile go kochało i w ilu się kochał.