— Panno Różo, dobrodziejko, nie mogłem wytrzymać, bym pani uszanowania nie złożył.
— Doskonały, jak mamę kocham! — rozśmiała się panna Grzybowska — doskonały! Cóżeś to tak nagle dla mnie rozgorzał? a kiedym była w Wiszniowcu, to prosić trzeba było, żebyś wieczorami przychodził.
— Pani jesteś względem mnie niesprawiedliwą — przerwał Plersch — to było niemal jedyne i najmilsze dla mnie towarzystwo.
— Dziękuję, ale wolałabym, żebyś w dworku siedział i robotę kończył. Hrabinie z nią pilno, bardzo pilno.
— Ach, pani! — ręce składając zawołał malarz — mię też pali gorączka dowiedzenia się choćby, kogo maluję i dla kogo?
— Patrzajcie go, jaki ciekawy! A waćpanu co do tego?
I pogroziła na nosie.
— Jużciż nic dziwnego, że mnie ta zagadka nęcić musi; przyzna pani, że to bardzo naturalne.
— Ale waćpan się nic nie dowiesz, nic! — odparła Grzybowska. To są tajemnice stanu. Ja sama nic nie wiem.
Zrobiła stara panna taką minkę figlarną, że Plersch był przekonanym, iż kłamie.