I skłonił się z miną smutną. Grzybowska spojrzała nań zdziwiona nieco.

— A, jak mi jej żal! — powtórzył zadumany Plersch. Z tego polnego kwiatka...

— Będzie to, co ze wszystkich piękniejszych kwiatów: pójdzie do bukietu na królewskie pokoje i wyrzucą go potem na śmiecie.

Westchnęła, mówiąc to panna Grzybowska, a wspomnienie jakieś nagłe w jej oczach zaświeciło dwiema łzami, które prędziutko otarła, starając się wrócić do pierwszej swej wesołości.

— Król! nie rozumię króla — rzekł po cichu artysta. W młodości namiętność wiele tłómaczy, choć nie wszystko uniewinnia, ale w jego wieku, na jego stanowisku, chwilę rozrywki takiemi okupywać ofiarami...

— Cicho! — tupiąc nogą zawołała Grzybowska — co nam do ich sumienia? Nasza a ich moralność są do siebie wcale niepodobne; im wiele wolno, bo wielki ciężar dźwigają na ramionach. Dosyć tego, panie Plersch.

Artysta wstał zadumany.

— Dobranoc pani — rzekł na pozór spokojnie.

— Spodziewam się, że się waćpan nie pogniewasz na mnie — przymilając się szepnęła Grzybosia. Uczyniłam to z dobrego serca, dając mu dowód zaufania. Proszę tylko język trzymać za zębami, bo i mnie i sobie pan zaszkodzisz. Podziękuj mi pan, żeś wyleczony.

Plersch uśmiechnął się smutnie.