Nic w tem nie było tak szczególnego w owym wieku i w tych sferach; chorobliwe miłostki starych i młodych powszednim były chlebem. Któż nie znał historyi wojewody G..... ożenionego w starości z młodą dziewczyną, która go, odegrawszy ze starszym jego synem rolę żony Putyfara, do wydziedziczenia dzieci skłoniła, a dwa czy trzy razy w kawie częstowała go takiemi przyprawy, od których psy i koty zdychały? Któż nie wiedział historyi jenerałowej, z którą mąż nie żył nigdy i której dziećmi sam król się opiekował? itd.
Rzecz więc tak niezmiernie zwyczajna, prosta, powszednia, jak ożenienie jakiegoś starego niedołęgi z piękną Bondarywną, dla ułatwienia z nią miłostki królowi, nie obudzała najmniejszego ani podziwu, ani szemrania. Dobijano się tylko o szczęście służenia J. kr. Mości i korzystania z tak szczęśliwego składu okoliczności.
Chłopak dowiedział się więcej pewnie niż w istocie było, naplótł Plerschowi różnych wiadomostek, które go gorączki nabawiły, a co było dlań najważniejszem, uwiadomił, gdzie stał za miastem chutor Sydora i jak do niego trafić było można.
Z południa jednak, gdy malarz sądził, że już nie przyjdą kobiety, otworzyły się drzwi i Sydorowa, bardzo ożywiona i raźna, z Natałką, śmiejącą się i wesołą, weszły na górkę. Dziewczyna naprzód pobiegła do swego portretu i stanęła zadumana z palcem na ustach.
— Albo to ja, albo to nie ja — odezwała się po polsku, ale z rusińska, mięszając z sobą dwie mowy. Bóg wie, taką bym ja mogła być, taką ja może i będę — ale dziś... Nacoście wy mnie zrobili taką smutną, kiedy ja jestem wesoła? — zawołała. Ja dziś jestem bardzo wesoła i szczęśliwa; wy mnie odmalujcie tak jak widzicie. Dziś mi tak lekko na świecie, oddycham tak swobodnie, wszystko mi się śmieje i ja do wszystkiego.
— Tak, widzę to — rzekł Plersch — ale nie taką byłaś panna, gdym ją malować poczynał, a teraz przerabiać nie czas. Choćbym na usta dał wam uśmiech, głowa pozostanie spuszczona smutnie. Jam temu nie winien, wyście tak chcieli.
— A no, z Bohom, niech tak zostanie — rzekła Bondarywna — i poszła siąść na swe krzesło, którego miejsce na podłodze kredą było oznaczone. Twarz jej pochmurniała, spuściła głowę na rękę.
Matka śmiejąc się, patrzała na nią, po chwilce przyszła do niej, pocałowała ją w czoło i nic nie mówiąc, na miejsce wróciła.
Aż do wieczora prawie w milczeniu ciągnęło się owo malowanie i głowa wzoru wyszła w całej swej krasie na płótno; pozostawały rączki i suknie, ale i do tych siedzieć było potrzeba.
Zmierzchało już, gdy kobiety znużone wstały. Stara Bondarowa zbliżyła się do Plerscha, szepcząc mu na ucho: