Od ucieczki Sydora, Maksym kroku prawie na pole nie zrobił. Siedział w domu, chodził do koła chutoru, chował się za płotami, szpiegował, nie jadł, nie pił nic prócz wody, którą z wiadra jak koń chlipał. Dziko mu z oczów patrzało.

I on i Krywonogi spiskowali. Po nocach siadali w szopie i szeptali. Maksym się zrywał na najmniejszy szelest i biegł stróżować około obejścia. Suchy kij dereniowy, osmalony, ciężki, miał zawsze pod ręką.

Ubiju! jej Bohu, ubiju! — wyrywało mu się z ust ciągle.

Natałka od czasu pierwszych odwiedzin królewskich prawie już na niego nie patrzała. Nie odpowiadała mu, gdy się odzywał, a posługując się nim, pomiatała po swojemu.

Maksym nie wiedział nic, ale domyślał się, co się tam święcić musiało. Częste odwiedziny różnych panów w perukach burzyły go i do rozpaczy przyprowadzały. Lachów klął na czem świat stał.

Krywonogi zamiast go powstrzymywać, potakiwał ulubieńcowi we wszystkiem.

— Niedoczekanie ich, aby oni nam naszą dziewkę wziąć mieli! — wołał Maksym. Kto się przysunie i odważy — śmierć! ubiję jak psa!

— A król? — mruknął Krywonogi.

— Król stary, to nie król ją bałamuci — mówił Maksym — ale te panicze ze dworu, co chodzą jak lalki i baby postrojone; na to i pięści dosyć, kija nadto. Jakbym w skroń pocałował, ani ziewnie.

Wzburzyło się wszystko w Maksymie, gdy postrzegł, że stara się kręciła i dopomagała córce.