I stara namiętnie śmiać się zaczęła.
— Nie, matko Sydorowa — rzekł Maksym głosem, który drżał jakoś strasznym bolem i namiętnością — nie, Bogiem się świadczę, ja bezdomowy włóczęga, ja sierota biedny, jam nigdy nie pomyślał o waszem dziecku. Zabić się za nie dać, czemu nie? ale na nie spojrzeć zuchwale, jam się nie ważył. Niech Natałka jutro przyjmie swaty, ja się na ziemię położę, aby po mnie deptali nogami, ale rozbójnika, węża, Lacha do domu nie puszczę, nie puszczę!... krew się poleje!
Obie kobiety jakiś czas milczały. Natałka pierwsza odzyskała przytomność i rozśmiała się.
— Kij i torba na drogę, idź, żebyś mi tu nie nocował. Ja ani twego rozumu, ani twojej opieki nie potrzebuję. Won!...
Maksym potarł ręką po czole i zatoczył się jak pijany. Usta coś mruczały niezrozumiałego. Nie odpowiedziawszy słowa, postąpił krok w tył i zwrócił się ku obejściu.
W tem z cienia, z za chaty, wystąpił Krywonogi. Stary, nie mówił nigdy prawie; mruczał, pracował, zdawał się stworzony na niemego niewolnika.
Szybko plącząc grubemi jak kłody nogami, przystąpił do Sydorowej. Czuć było wśród ciszy przyspieszony oddech jego piersi szerokich; dyszał, ręce wyciągnął.
— Bondarowa! — zawołał — kiedy Maksym won, ja z nim! Zostańcie same, wiedźmy przeklęte! Na pohybel wam!...
Ręką zamachnął nad głową, drugą zasłaniając sobie oczy; zachwiał się i szybko porwawszy Maksyma pod rękę, poszedł z nim pod szopę.
Kobiety stały, szepcząc między sobą, zmięszane. Księżyc w pełni oświecał podwórko. Po chwili z pod szopy wylazł Krywonogi, trzymając kij w ręku. Nie obejrzał się nawet, ciągnąc za sobą Maksyma, który szedł powoli, ze spuszczoną głową.