— Późnoście przyszli — odezwała się Natałka — a to już dnia mało i noc nadchodzi.
— Nie mogłem prędzej — rzekł Plersch — i długo wam tutaj nie będę natrętny.
— E, my po księżycowych nocach czasem do kurów siedzimy — mówiła Natałka — ja lubię patrzeć na księżyc i słuchać ciszy nocnej, albo gdy chmurki białe po niebie latają, gonić je oczyma, albo gdy bąki huczą na moczarach, przysłuchiwać się ich hukaniu.
— Szczęśliwe to życie, kiedy się tak może pod swoją strzechą po pracy odpocząć — odezwał się Plersch. Co wam tu brak? mój Boże!
— Pustynia! — poczęła Natałka. Wy mówicie, czego brak? a no wszystkiego — ludzi... Bąka słuchać, gdyby się głosu ludzkiego chciało, to bieda i tęsknica; w chacie się dusić, kiedy drudzy białe domy mają...
Plersch pomilczał chwilę. Żal mu było ślicznej dziewczyny.
— E — rzekł powoli — gdybyście nie gniewali się na mnie, jabym z wami rad pomówić od serca.
— Od serca? — rozśmiało się dziewczę.
— Nie rozumiecie mię może, no to powiem od sumienia..
Dziewczę zmilkło.