— A ćmy w ogniu płoną — rzekł Plersch.
— Niech i ja się spalę, ale życia skosztuję! — zawołała Natałka, śmiejąc się dziko. I ręką pogroziła malarzowi.
— Ja wam powiem też prawdę, o, ja wszystko rozumiem, przedemną się nic nie ukryje. Mię nikt tego nie uczył, ot tak, samo mi to przychodzi, nie wiem zkąd. Wam nie o moją idzie dolę... wyście też zakochali się we mnie.
Klasnęła w dłonie.
— A co, a co? nie prawda? O, o, jam to drugiego dnia już wiedziała. Wyście nie malowali, tylko patrzali we mnie, prawda? wybyście też chcieli mię wziąć do ołtarza i przysięgać.
Plersch się zmięszał. Nigdy nie mógł przypuścić, aby dziewczę tak śmiałem było.
— Nie będę się zapierał; może i mnie od waszych oczów zawróciła się głowa, alem ja nie myślał o sobie, gdym mówił o was, nie, na to się wam na Boga zaklinam. Jam tam żył, ja patrzałem na to, co się dzieje, ja znam Pana i ludzi i świat ten, którego wy nie znacie. Tam nie trwa nic.
Dziewczę potrzęsło głową.
— A gdzież trwa? — zapytała — a co trwa? wszystko przechodzi i ginie! Tak stoi w pieśni naszej. Niech krótkie życie przejdzie jak błyskawica jasna, a potem...
— O, o, a z kimże to tak przez okno gadacie? — odezwał się głos Sydorowej.