— O, od was grzech by był wymagać, grzech przyjmować nowe dobrodziejstwa; wolę, żeby mama przecierpiała, żebyśmy my...

Mais, ma chère, cicho! — namyślając się zwolna zaczął król, kładąc rękę na jej dłoni — o co idzie? Do Zamojskich napiszę, a dla was, gdybym kilku tysiącami, mettons dix — bo więcej do dyspozycyi nie mam — mógł służyć, uczynię to z duszy serca.

— Ach, byłoby to prawdziwem dobrodziejstwem — przerwała siostrzenica — ale nie godzi, o, nie...

— Godzi się, godzi, zostawcie to mnie — szepnął król — dam na tę sumę kwit marszałkowi.

— Najdroższy panie! — całując go w rękę żywo poczęła Mniszchowa — jeśli mogę prosić, niech mąż o tem nic nie wie. Łajał by mię, gniewał by się...

— Urządzimy to inaczej — szepnął król — dosyć, że będziesz to miała, a bądź mi wesołą.

Pocałował ją w czoło i zawrócił się ku drugiemu pokojowi.

— Jeszcze raz niech ten obrazek zobaczę — rzekł cicho.

Jeszcze raz podniosła się zasłonka zielona; podparty na lasce król przez zwiniętą w trąbkę rękę przypatrywał się obrazkowi.

C’est charmant! — rzekł — dziękuję ci.