— I tam posyłałem. Chutor się spalił, chaty ani śladu, ino zgliszcza, a o Sydorze i jego rodzinie nikt nie wie.

Grzybowska zamilkła.

— Udawałem się do N. Pana, błagając sprawiedliwości; ani mi odpowiedziano; o krzyżu nikt w kancelaryi nie wie, z kasztelanii się ludzie śmieją. Oto pani masz, oto masz, na coś mię wystrychnęła; masz swą ofiarę — dodał szambelan — dobijże albo ratuj.

— Szambusiu, serce moje, tylko spokojnie, wszystko się znajdzie.

— Nie, za żonę już dziękuję, co mi po niej, do rozwodu idę, nie chcę.

— Zobaczymy.

— Poprzysiągłem, mam tego dosyć; wąsy zapuszczę, do kapoty powrócę, ale rozwiązać się muszę, żebym nie rachował się za żonatego przynajmniej.

Chociaż żal było może Grzybowskiej starego, uśmieszek błądził po jej ustach.

— Uspokój-no się, ochłoń, miej cierpliwość — odezwała się — połatamy wszystko, żona wasza...

— Proszę jej tak nie nazywać!