— Gdzież, do jakiego konsystorza podasz prośbę? przecieżeś się tu nie żenił! — odparła, w rzeczach rozwodowych mająca pewne wiadomości gospodyni. Rozwód się tam bierze, gdzie się brało ślub. Zkąd zresztą wiesz, że ta kobieta tu jest?
— A gdzież ma być? To królewska, najjaśniejsza sztuka. Ona musi gdzieś tu się kręcić, a kto ją wie, gotowa się i szambelanową Rzesińską nominować i moje poczciwe imię w niesławę podawać. A tego ja nie ścierpię. Więc do króla pójdę, o audyencyę poproszę i powiem mu wbrew: Najjaśniejszy panie, kochaj się we wszystkich dziewkach, jakie ci się podobają, ale od szambelanowej Rzesińskiej wara, póki ona moje imię nosi. To raz; powtóre, krzyż obiecałeś, daj; na kasztelanię konsens przyrzekłeś, podpisz, z reszty kwituję.
Grzybowska ręce założywszy, śmiać się poczęła.
— To dopiero będzie skutecznem, gdy pan szambelan królowi tak palniesz.
— Jak Bóg Bogiem, nietylko jemu to palnę, ale na sejm wniosę o krzywdę szlachecką.
Śmiała się coraz mocniej Grzybowska.
— Prawda, żeś opętany — zawołała — bo resztę rozumu postradałeś. Róbże sobie co chcesz, a mnie na pomoc nie wzywaj i bądź mi waćpan zdrów.
Dygnęła mu na pożegnanie. Szambelan siedział nieporuszony, z głową zwieszoną.
— Adieu — dodała Grzybowska.
Rzesiński podniósł głowę, ręce obie wyciągnął rozpaczliwie i krzyknął przejęty: