— Krok jeszcze, a wstęgę niebieską i województwo dostanę, choćby najpośledniejsze — mówił w duchu. Dlaczego nie mam z żoną żyć, jeżeli król tego pragnie? Furda przesądy!
Fiaker się zatrzymał przed oficyną pałacu Mniszchów, z powagą wielką wysiadł Rzesiński i wkroczył do skromnej sionki. Już sięgał do dzwonka, gdy drzwi się otworzyły (znać był oczekiwanym) i Grzybowska wyszła na przywitanie, wesoła, promieniejąca, w ręce klaskając.
— Witam pana kasztelana i kawalera św. Stanisława! witam! winszuję...
— A ja przybywam z podziękowaniem — zawołał Rzesiński — z wdzięcznością, bo wiem, komu to zawdzięczam.
To mówiąc, chwycił się do ręki i ucałowawszy ją, wsunął maleńki rulonik. Panna Grzybowska zarumieniła się.
— To niepotrzebne — rzekła, lecz rulonik wsunęła do kieszonki. Kasztelan poruszony usiąść musiał.
— Byłeś pan u króla, no cóż? mów; król...
— Król! król! — podchwycił Rzesiński, to nie król, mało tego wyrazu... półbogiem go nazywam! Geniusz jest, dobroczyńca ludzkości, mędrzec, luminarz Europy! żaden kraj się takim nie może poszczycić monarchą. Pani, jestem jego wielbicielem i życie za niego dać gotów jestem.
Grzybowska za boki się trzymała, śmiejąc, zapewne z radości.
— Wystaw sobie asińdźka, ten człowiek, co mówię! ten mąż, ten bohater, na którego ramionach losy ludów spoczywają, z jaką niewysłowioną łaskawością i dobrocią mówił ze mną, z jaką troskliwością wypytywał. Płakałem, pani, płaczę, nie mogę wspomnieć tej chwili bez rozrzewnienia.