Z rana była we dworku na Ujazdowskiej alei panna Grzybowska, wieczorem przyjechał król. Zabawił tu daleko dłużej niż zwykle. Przybył czułym, czulszym niż kiedykolwiek może, z rękami podarunków pełnemi, ale z frasunkiem na czole. Blady był, mizerny, pomięszany. Na odgłos jego przyjazdu, jak zwykle Natałka z wyciągniętemi rękami wybiegła naprzeciw niemu.
— Król mój! pan mój! — spiewała na wpół, na wpół wołała.
Głos ten zdawał się przejmować ostygłego pana, ale jakby znużony, padł zaraz po przywitaniu na kanapę.
— Dziecko moje! — rzekł czule — jakże ty mi wyglądasz? jak ci jest? czyś zdrowa?
— A, dobrze mi, szczęśliwa jestem, choć się namęczę, wszystko jeden wasz uśmiech rozprasza i co było, zapomniane.
Zapał, z jakim to mówiła, oddziałał smutnie na króla.
— Trochę spokoju, trochę pomiarkowania — rzekł — mnie go dziś tu bardzo, bardzo potrzeba. Proszę się utemperować.
Natałka w oczy mu spojrzała, jakby z jakiemś przeczuciem złowrogiem.
— Już, oto już jestem spokojna — rzekła.