— Cóż tam moja Grzybowska, co tam?
I położyła marszałkowa pióro, dłoniami białemi uciskając skronie.
— Taka bo jestem zmęczona! — zawołała.
— O czemś się dowiedziałam, za cobym była starostę Piasoczyńskiego pocałowała nawet, gdyby nie czuć było od niego tabaki.
— Ale moja Grzybosiu, zkądże wiesz, że od niego czuć tabakę, jeżeliś się mu do siebie zbliżyć nie dała?
Grzybosia śmiać się bardzo zaczęła; pochlebiało jej to podejrzenie.
— Co tam, proszę pani marszałkowej, już co między nami było to było, mniejsza o to, ale wiem, czem pani może N. Panu taką uczynić przyjemność, iż doprawdy nic nie będzie miał do odmówienia.
Marszałkowa nagle zerwała się z krzesła i poskoczyła do powiernicy.
— Mów, mów, cóż takiego? co?
— N. Pan bardzo sobie życzy Plerscha, aby mu tę dziewczynę odmalował. Plerscha pod jakimś pozorem sprowadzić tu potrzeba i uczynić mu siurpryzę.