Marszałkowa spoważniała, a Grzybosia powoli wysunęła się za makaty i znikła.
— Zabrakło nam portretów J. kr. Mości — odezwał się — a tu jeszcze mamy kilku dygnitarzy, których i tabakierkami i portretami ozdobić przyjdzie, bo już ordery mają. Potrzebujemy malarza, pani marszałkowo dobrodziejko. Podobno Plersch jest w Wiszniowcu — czybygo tu sprowadzić nie można?
Wzrokiem bystrym przeszyła go pani Mniszchowa; Plater ani mrugnął... zażywał tabakę.
— Niepodobieństwo — rzekła — Plersch chory.
— Cóż mu jest? hm? — odparł widocznie zafrasowany podkanclerzy.
— Róży dostał.
— Proszę! róży? ale jakże mógł dostać róży, gdy nam jest potrzebny?
Podkanclerzy zamyślił się.
— Może już ozdrowiał.
— Dopiero zachorował; wczoraj miałam list z Wiszniowca... leży w gorączce.