— Są między nimi źli ludzie, ale jest i dobrych wiele, dodała stara.
Sydor się z przyzby zerwał nagle i jakby oburzony pięść ścisnąwszy, krzyknął:
— Ani jednego! ani jednego!
Chwila milczenia była; pies szczeknął, ku Kaniowu zwróciwszy głowę.
— Hody, hody! — po cichu zbliżywszy się doń, poczęła kobieta. Na co tobie stare rany rozkrwawiać.
Stary nie słuchał i mówił jakby sam do siebie:
— Pod ziemię się od nich nie skryć! Uciekłem za kraj, siermięgęm wdział, języka zapomniał, nazwiska zbył, rodziny się zaparł... myślałem, że spokój kupię; po trzydziestu latach mnie znaleźli.
Oczy mu się zaiskrzyły. Stara zdawała się przestraszona, zwłaszcza, że niedaleko chód i jakąś mowę słychać było.
— Sydor, milcz! — zawołała nakazująco — milcz. A nuż kto, choćby Natałka, choćby Maksym, albo krywonoga dosłyszał, co pomyślą? Zapomniałeś, że tyś już nowy człowiek i że z tamtego, co było, nic nie pozostało, utopione wszystko.
— Oprócz gniewu i pomsty — zamruczał Sydor. Z serca wyrwać, co w niem uwięzło, nie można. Milcz, babo! Gdy na nich patrzę, kipi we mnie!