Szczekanie psa wywabiło znać Natałkę do okna; dziewczę już było strojne w kwiatki, zaczesane, w koralach. Odsunęło okno, wystawiło główkę, zobaczyło stojących i zawołało na ojca:
— Bat’ku, a toć państwo czekają tam! czy to nasza chata taka uboga, że się gości będzie obawiać? Matuniu, a toć otwórzcie i zaproście, albo nie — Bihme — sama pójdę wrota im otworzyć i głupiego Zaboja odpędzić.
Milcząc, Sydor odwróciwszy się do niej, palcem jej pogroził.
— E, ty stary chandaro — szepnęła z umizgiem do ojca śliczna Bondarywna — co ty dziś na wąs namotał? Idź, otwórz, bo ja każę, bat’ku, ja każę — powtórzyło dziewczę. Nie bój się, nie wezmą mię przecież, a oczyma nie zjedzą. Uroku się nie boję, a tyle mojego, co się z nimi szczebiocąc zabawię, bat’ku. Nie godzi się ludziom drzwi zamykać.
Matka ze zwróconą głową słuchała, radując się widocznie szczebiotaniu dziecka, i tryumfująco poglądając na chmurnego męża.
W tem od wrót dał się słyszeć głos jednego z mężczyzn.
— Prosimy otworzyć i psa zamknąć!
Sydor jakby się namyślił, wstał wzdychając, powoli podszedł do płotu, psa nogą kopnął, aż Zabój pod chlew, piszcząc i skowycząc, się schował, i stanął naprzeciw gości. Zmierzył ich oczyma ciekawemi, ale nasrożonemi, i zdawał się czekać, by mu się opowiedzieli.
Kobieta odezwała się głosem pieszczonym:
— Pozwolisz nam, dobry człowieku, chwileczkę odpocząć pod twoim gościnnym dachem.