Dziewczę zerknęło nań i nieulęknione mówiło dalej:

— Chwalić Boga i was, naszego pana, teraz na Ukrainie spokój, rola czarna dobrze rodzi, grad nie bije, susza nie wypala, chleba mamy, czego więcej pragnąć?

— No, a jak przyjdzie jesień — dodał król — obżynki, zabawy wiejskie, tańce, ładne chłopcy...

Natałka oczy spuściła, jedną rękę dobyła z za siebie i poczęła nią męczyć fartuszka końce.

— E, co ma być! — mruknęła — my tam nie żyjemy z tutejszymi ludźmi. Obżynki u nas ciche, a cała zabawa, gdy się wyspiewa; u nas dla chłopców wrota zaparte.

— U nas wara komu postać — dorzuciła Sydorowa — mój stary ludzi nie lubi.

— Ale młodym się zabawić, poruszać i poskakać i pośmiać potrzeba — rzekł król.

— Chwalić Boga, moja donia natury tej nie ma — mówiła za córkę Sydorowa. My doma siedzieć lubimy i niełatwo się z kim wdajemy.

Machnęła ręką, Natałka milczała, ale z królem rozmawiała oczyma ogniście. Widocznie majestat pański i uśmiech ujmujący chwyciły ją za serce; roiła może, Bóg wie co. Król! jakież to słowo, pełne znaczenia dla prostego dziewczęcia, które w swej krasie po biblijnemu sądziło się godnem tronu, gdyby owa pokłośnica szczęśliwa.

— A jakże dni płyną? — zapytał król łagodnie. Nie nudno wam?