— Nie zawadzi i ten drugi sznur na pamiątkę.
Sydorowa szeptała:
— W rękęż króla pocałuj i podziękuj.
— A pewnie, że dziękuję — odezwało się dziewczę z jakąś dumą — ale po co mnie te dary? ja tego nie potrzebuję. Wy jesteście królem, koło was się tam dużo takich zwija, co są na to łakomi, a Natałka Bondarywna ma tego dosyć, o, aż nadto! Do kogo się tu stroić, kiedy chyba Zabój i stary krywonogi mnie zobaczy.
Ruszyła ramionami.
Nagle myśl jej przyszła jakaś. Pobiegła do bodni zamkniętej, która stała w kącie, otworzyła ją pospiesznie, rzuciła pokrywę na ziemię i kożuch, co był na wierzchu, dobyła chustę zawiązaną i przybiegłszy do króla, rozplątała ją na stole, patrząc nań, jakby go zdumieć chciała.
Chusta pełną była jakichś klejnotów, razem zsypanych, jak garniec grochu. Sznury korali, bursztynu, krzyżyki, medale złote, pierścienie staroświeckie, naszyjniki bogate, kólce z kamieniami, wszystkiego tam było pełno.
W istocie zdziwiony król spojrzał i zawstydził się swego ubogiego sznurka korali, twarz mu pokraśniała. Niejedna z bogatych pań jego dworu nie miała tyle ni tak drogich rzeczy.
Zkąd się to mogło wziąć w tej chacie kozaczej na chutorze?
Król patrzał długo i milczał. Sposępniał nawet. Mimowolnie przyszło mu na myśl, że taki zamożny, choć prosty Kozak, niełatwoby był wszelkiej pokusie przystępny.