Miło było szambelanem się zwać i klucz nosić, choć nic nie otwierał. Przybywszy do stolicy, ułatwiało to przystęp do N. Pana i pewne stosunki.

W sąsiedztwie Wiszniowca mieszkał jeden taki szambelan in partibus, pan Koronat Ostoja Rzesiński.

Był to stary kawaler, człowiek majętny, a że wiecznie grosza żądnym magnatom pożyczał, często po kilka tysięcy złotych, pan marszałek Mniszech, wdzięczen za jednę taką przysługę, szambelanem go kreował.

Rzesiński był niezmiernej ambicyi człowiekiem. Do szambelaństwa brakło mu orderu, a choć mu się to na nic nie zdało, aspirował też, choćby do drążkowej kasztelanii.

Dlaczego jej pragnął, co mu przyszło z szambelaństwa, na co mu był order, tego pewnie jasno sam sobie nie umiał wytłumaczyć; lecz rozbudzona ambicya pchała go w tym kierunku.

Z początku robiło się to — dla koperty, później — dla nagrobku. Dobrze było choć na kamieniu w kościele stawić się jako Koronat Ostoja z Rzesina na Wałach Krasnych Rzesińskim, Szambelanem J. K. Mości S. Stanisława, Kawalerem i — ewentualnie — kasztelanem jakimś tam. Dochodów z kasztelanii nie potrzebował, miał bowiem więcej daleko, niż zjeść, wypić, wyczęstować nawet zdołał, lecz są w człowieku niebezpieczne żyłki, które gdy raz drgać zaczną, już mu do grobu spoczynku nie dają.

Rzesiński wobec wielkich układając się do niesłychanej pokory, bo marszałka w łokieć całował, z niższymi się dął niepomiernie. Z szambelaństwa jego jakoś się uśmiechano; potrzeba mu było więcej daleko...

— Bądź co bądź, na swojem postawię! — mówił sam do siebie — niech kosztuje co chce! niech...

Nie kończył.

Dowiedziawszy się, że król miał być w Kaniowie, Rzesiński spać nie mógł.