Mówiono mu coś o staroście Piasoczyńskim, że i przez niego się takie interesa robiły; więc gdyby zawiodła marszałkowa...

Rzesiński chrząkaniem kończył.

Gdy się to działo, szambelan miał lat z okładem pięćdziesiąt i nie był wcale zakonserwowanym. Cherlał całe życie, w tym wieku był już nieco pochylony, trochę pomarszczony, na lewe oko nie dowidział i na lewe ucho nie dosłyszał. Sapka go męczyła jakaś też, niepowabnym był — lecz wszystko wąs śliczny naprawiał.

Wąs ten szambelana był po części jego niepowodzenia przyczyną. Był to wąs, którym Rzesiński się chlubił całe życie, dopóki nie dostał szambelaństwa, wąs, jakiego nikt nie miał, wąs, okręcać się dający dwa razy za ucho, bujny, równy, wspaniały, pyszny. Gdyby nie żal po tym przyjacielu młodości, szambelan by się był dawno przebrał po francuzku i — wiedział o tem dobrze, że toby mu było niesłychanie do krescytywy pomogło. Król Stanisław August stroju polskiego nie lubił, miał go za barbarzyński, szambelani w tym ubiorze musieli się chować po kątach; Rzesiński po francuzku był daleko więcej wart, ale z owym wąsem, który miał sławę ogólną, który był znany, można powiedzieć, historyczny, rozstać się... ciężko mu było. Złożyłby go na ofiarę mamonie, lecz chyba za kasztelański drążek.

Tymczasem z pewną czcią się z nim obchodził.

Droga z Wałów krasnych do Kaniowa dosyć poszła szczęśliwie. Rozbijano wówczas na gościńcu i parę się przypadków trafiło, lecz koczyk szambelana uniknął nieprzyjemnego spotkania, a z nim i szkatułka.

W Kaniowie u chłopa na przedmieściu musiał się szambelan pomieścić: koczyk na podwórzu, konie przy żłobie z worowiny na drążkach.

Zajęte były stajnie, chlewy, budy, domki, chaty, i Rzesiński się za szczęśliwego uważał, że mu w głównej izbie tłumok rozpakować dozwolono i siana przynieść na pościel. Wprawdzie dwoje dzieci małych było w chacie, a dwoje gorszych nad niewyrostków, wprawdzie myszy pod poduszką nocą odbywały sejmiki — lecz czegoż się dla miłości koperty i nagrobku nie zniesie!

Nazajutrz po przybyciu, z wąsem do parady, karabelą u pasa, w nowym kontuszu i żupanie, poszedł szambelan do marszałkowej, a trafiło się tak dziwnie, osobliwie jakoś niespodzianie szczęśliwie, że do dworku, zajmowanego przez nią, dochodził właśnie, gdy pani Mniszchowa towarzyszów swej wycieczki posiawszy po drodze, sama jedna biegła przemienić strój ranny.

Niezmiernie przejęta jeszcze tem, co widziała i słyszała, szła pani Mniszchowa zamyślona, nie patrząc i nie widząc nic, gdy szambelan, który czapkę zdjął o staję, zbliżył się, nizko kłaniając.